„Alice” – Krzysztof Mąkosa (opowiadanie)

Opowiadanie pt. „Alice” jest fikcją literacką. Wszelkie nazwiska, postacie, miejsca i wydarzenia są owocem wyobraźni autora lub zostały wykorzystane w celach artystycznych. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych zdarzeń, miejsc albo osób, żyjących lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.

 

Gosi

 

 

ALICE

 

1

Zdarzyło się to nagle, jak wypadek, jesienią 1993 roku.

Alice, nieznajoma młoda kobieta, zostawiła mu krótką wiadomość na sekretarce. Jest wielbicielką polskiego poety Roberta Lipkowicza. Studiuje filologię rosyjską gdzieś w Kalifornii. Dostała jego numer od pani Bonté, spadkobierczyni praw autorskich Lipkowicza.

Niedługo potem dowiedział się o niej więcej.

Napisała, pisze albo napisze pracę doktorską o wpływie Gogola na Nabokova. Jest polsko-rosyjskiego pochodzenia i wychowała się w USA, więc mówi biegle po polsku, rosyjsku i angielsku. Ma ambicje literackie i należy do redakcji Blank, czasopisma poświęconego amerykańskiej prozie postmodernistycznej. Marzy o karierze pisarskiej i zna w branży wydawniczej prawie każdego, kto się w niej liczy.

Powiedziała, że tłumaczy Tere-fere Lipkowicza, czyli – by zacytować fragment recenzji New York Timesa – zbiór bardzo nastrojowej i wciągającej poezji, gdzie czarny humor i gorzko-słodka ironia mieszają się z obrazami snu. Stwierdził, że jest tym zaskoczony, choć wcale tak nie było. Po czterech latach powie jej prawdę: Kilka dni wcześniej napisał do niego pewien krytyk, Karol Dobroczyński, wspominając o niej i o jej planach. Niewiele zrobiłam, mówiąc uczciwie – rzuciła lekceważąco. Tylko dwa, trzy wierszyki. To wszystko. I z żartobliwą przekorą dodała, że nie jest kobietą modliszką, która chce się wkraść w jego zaufanie tylko po to, żeby go użyć, nadużyć i zużyć. Ona nie ma złych zamiarów. Wysłała przecież próbkę tłumaczenia Tere-fere do wydawnictwa Christiane Racquette, Inc., a nie do A. Boner & A. Dudd Company, które planuje wydać to dzieło w jego przekładzie. Ona tylko chce się z nim zaprzyjaźnić, to wszystko.

Mimochodem wspomniała o swojej niedawnej podróży: o odwiedzinach u pani Bonté w Paryżu i o krótkim pobycie w Polsce. Kilka życzliwych osób – najwidoczniej ich wspólni znajomi – dobrze o nim mówiło. Czy można się dziwić, że chciała być jego przyjaciółką? Jako świadoma swoich celów, konkretna studentka wciąż coś robiła, coś załatwiała. Rozpoczynała kilka projektów naraz, licząc, że przynajmniej jeden z nich doprowadzi do końca. Oprócz poezji Josifa Brodskiego i Roberta Lipkowicza tłumaczyła opowiadania Adama Kahna, pisarza równie słynnego, jak miernego, a także wiersze Niny Drewnowskiej, bezbarwnej poetki, o której z dumą mówiła: Serdeczna przyjaciółka mojej mamy.

Bardzo szybko przysłała mu swój przekład opowiadania Kahna z prośbą o sprawdzenie, czy nie ma w nim błędów. Jakoś nie umiał się zdobyć na odmowę. Z czystej życzliwości, i żeby zabłysnąć wątpliwym kunsztem literackim, przeredagował go, zmieniając w nim prawie każde zdanie. Wydawał się uczynny i bezinteresowny (nie prosił o nic w zamian), więc Alice zaproponowała mu spotkanie w Nowym Jorku, tuż przed Bożym Narodzeniem. A potem złożyła przerobiony tekst w Wigh & Wherefor, Inc., to jest w jednym z wydawnictw zainteresowanych jego przekładem Tere-fere.

 

2

Jeszcze bardziej intrygujące było ich spotkanie w Nowym Jorku.

Ku jego zaskoczeniu osoba chrupiąca sałatkę Waldorf naprzeciwko niego, po drugiej stronie stolika (w kafejce Barnes & Noble przy Astor Place), w niczym nie przypominała dziewczyny, z którą on rozmawiał przez telefon. Alice telefoniczna była przyjemna i życzliwa, podczas gdy Alice nowojorska sprawiała wrażenie zblazowanej, nieprzystępnej i znudzonej ich rozmową w ogóle, a nim w szczególności. Było coś dziwnego w jej pełnych, zmysłowych ustach, których kąciki opadały, kiedy okazywała obojętność czy pogardę; w beznamiętnej twarzy, która rozjaśniała się, gdy rozmawiali o rzeczach przyziemnych; a zwłaszcza w jej czerwonym kapeluszu z szerokim rondem i z trzema sztucznymi kwiatami, jego zdaniem zbyt krzykliwym i nieco za dużym. W pewnym momencie poradził jej, żeby zamieniła kapelusz na fikuśny berecik. Jej nozdrza zadrżały od tłumionej wściekłości. A gdy zaproponował, żeby została jego agentką literacką, nastroszyła się i wbiła w niego złowrogie spojrzenie. Nie zna się na żartach, to pewne, pomyślał skonsternowany. Zauważył też, że kiedy się uśmiecha, jej ciemnoniebieskie oczy, błyszczące jak dwa szafiry, są zimne i bez wyrazu.

Gdy rozmawiali o sprawach literackich, Alice zdjęła kapelusz i odgarniając z czoła farbowane na brązowo włosy, powiedziała, że nie można przyjść z ulicy i wydać ot, tak po prostu, swoje rzeczy; że nawet jeśli oni zatwierdzą jego przekład, to na sto procent odrzucą jego przedmowę; że, jak zauważyła z udawanym współczuciem, unosząc drwiąco brew, tajemniczy oni uwielbiają nękać swoje ofiary dla rozrywki, bo traktują krytykę jako krwawy sport; że ona zna właściwe osoby i ma znacznie większe szanse znaleźć wydawcę; i że powinni (ona i on) zrobić jego przekład, który był już od kilku tygodni gotowy, we dwoje.

Osłupiał. Po długiej chwili poprosił, żeby powtórzyła. Widząc, że jest śmiertelnie poważna, próbował obrócić wszystko w żart. Alice zesztywniała i zbladła: wydawało się, że jeszcze trochę i wyjdzie. Ale opanowała się szybko. Wzięła od niego donut, czyli pączek z dziurką, i powoli, z namysłem nadziała na widelec. A potem przyłożyła do oka i obserwowała go uważnie przez dziurkę z dziwnym uśmiechem, na wpół kpiącym, na wpół zalotnym.

Dwa dni później, kiedy spotkali się w jego mieszkaniu, niedaleko East Houston Street, podarowała mu stary komputer, który jej przyjaciel Matt Dohr przywlókł z Kalifornii.

On nie przyjął jej prezentu.

Ona nie dawała za wygraną.

Powiedział, że go nie potrzebuje.

Na to ona, że on musi go wziąć.

W końcu, dla świętego spokoju, skapitulował.

A następnego dnia wystawił go przed budynek, w którym mieszkał.

 

3

Opowiedziała mu o swojej rodzinie w Polsce.

Jej ojciec był profesorem prawa, matka doktorem psychiatrii. Bogaci, ustosunkowani rodzice Alice należeli do najlepszego towarzystwa w jej mieście. Jej matka prowadziła dom otwarty, organizując wieczory artystyczne, gdzie tryskające energią panie i znudzeni panowie dyskutowali o wydarzeniach kulturalnych, słuchali muzyki, poezji i tak dalej.

Alice znalazła się w Ameryce mając zaledwie siedem lat.

Świat był tego dnia piękny jak bajka i zarazem tajemniczy jak sen.   

Zanurzmy się w ten zaczarowany ogród! Zapachy, ożywcze, upajające zapachy!

Uderzył go od razu jej stosunek do znajomych. Na przykład Rudolpha Wallmounta, założyciela i redaktora naczelnego Blank, nazywała Alice wstrętną świnią. Nocując u niej, zachowywał się on okropnie, mniejsza o szczegóły. Co więcej, Wallmount, rumiany chudzielec z krzywym uzębieniem, powiedział jej wprost, że nie dyskutuje o tak ważnych sprawach jak literatura z przemądrzałymi małolatami, koniec kropka. I wyszczerzony jak dynia na Halloween, dorzucił: Uwielbiam niebieskookie blondynki jak ty. Wiesz, o co chodzi? Alice, rozwścieczona, namówiła pozostałych redaktorów, żeby go usunąć, ale Wallmount, który miał już szczerze dość Blank, sam zrezygnował. Jeśli nie była bardziej lojalna wobec jego następcy, to głównie dlatego, że wbił jej nóż w plecy. Wkrótce potem wyrzuciła z siebie, że ten podstępny drań nie dopuścił do wydania jej przekładu poezji Josifa Brodskiego.

Opowiedziała mu też o polskim naukowcu, który dopiero co przyjechał do Ameryki. Ponieważ mógł on być bardzo użyteczny, Alice szybko mu pomogła. Po kilku dniach z radosnym chichotem oświadczyła: Teraz on niczego mi nie odmówi. Znasz takie powiedzenie: bądź dobry dla ludzi, a oni będą dobrzy dla ciebie? Zapamiętaj to sobie, mój drogi.

A jednak ich przyjaźń się rozpadła, bo Alice zawracała mu głowę swoimi przekładami rozmamłanej prozy Kahna i mdłej poezji Drewnowskiej. Przypomniała mu nawet, że dostał od niej dość drogi prezent. Na zbyt wiele sobie pozwalasz, moja droga, pomyślał. Tak dalej być nie może. W pewien upalny wieczór stracił wszelkie panowanie nad sobą i się rozłączył.

 

4

Minęły dwa lata i odnowili znajomość.

Alice próbowała wydać swoje tłumaczenie poezji Drewnowskiej, ale okazało się, że ma rywala w osobie profesora slawistyki, znanego z doskonałej pozycji w środowisku i z zabójczej skuteczności w usuwaniu konkurentów, prawdziwych lub urojonych. Jak na ironię, wtargnęła na teren zawłaszczony przez wykładowcę-poetę-tłumacza, który kilka miesięcy później zablokuje publikację jego przekładu Tere-fere po to, żeby ktoś go zmienił (a dokładniej: uprościł na użytek tak zwanego przeciętnego czytelnika) i wydał jako własny.

Pewnego razu Alice udzieliła mu kilku praktycznych rad, jak zaistnieć na rynku wydawniczym: Załatw sobie listy polecające, poznaj wpływowych krytyków, wykombinuj pochwalne recenzje, a potem weź pod włos jakiegoś sławnego autora i namów, żeby napisał wstęp albo posłowie, albo cokolwiek. Bądź proaktywny, nie reaktywny. Bądź asertywny i myśl pozytywnie. I uśmiechaj się. Dalej, tygrysie, dasz radę! Wydawało się, że jej droga do publikacji powinna być krótsza i mniej kręta niż jego, bo wiersze Drewnowskiej robiły wielką furorę wśród wydawców i ludzi uniwersytetu. Mimo to Alice obawiała się, że w odwecie za jej rażącą niesubordynację wszechwładny profesor, według jej słów, „zgniecie ją jak pustą puszkę”, i roztrzęsionym, niemal płaczliwym głosem powtarzała w kółko: Ten oślizły gad zrujnuje moją przyszłość, moją karierę, moje całe życie.

Pozbierała się jednak i zadzwoniła, żeby mu pogratulować felietonu o środowisku akademickim, który jej zdaniem był niesamowity i rewelacyjny. Jednocześnie zauważyła, że jego styl jest trochę nietypowy, taki jakiś sztuczny, albo lepiej: manieryczny, bo uznani autorzy tak nie piszą. Zaproponowała, że pomoże mu znaleźć odpowiedniego wydawcę, pod warunkiem, że on przyśle jej swoje teksty. Gdy odmówił, straciła do niego cierpliwość – na krótko. Jak to, on nie wiedział, że ona jest uczciwa i że można na niej polegać? Nie przeczytała Pani Bovary i Anny Kareniny na jego prośbę? On nie miał powodów, żeby jej nie ufać. Ona nigdy nie zrobiła mu świństwa. Tak się nie traktuje przyjaciół! On był paranoikiem, albo i gorzej!

On był głuchy na jej okrzyki.

Alice postanowiła nasycić ich znajomość uczuciem. Zaczęła mówić do niego per kochanie. Opowiedziała o swoim cierpieniu po ich kłótni sprzed dwóch lat. Użyła nawet metafory tunelu z majaczącą w oddali poświatą. Kiedy szła tym długim tunelem, światło nagle zgasło i ogarnęła ją nieprzenikniona ciemność.

On był odporny na jej sztuczki.

Alice dała upust frustracji. Stwierdziła, że jest zimniejszy od lodu, straszliwie okrutny, niezupełnie ludzki. Jej zdaniem, a sądziła, że się zna na ludziach, znajdował sadystyczną rozkosz w dręczeniu przyzwoitych osób – takich, na przykład, jak ona. Chciała wszystkiego się o nim dowiedzieć, poznać jego rodziców i zaprzyjaźnić z jego żoną, którą uważała za prawdziwego anioła. Nie mogła się nadziwić, że biedna Margot – jego żona – wytrzymuje z takim potworem… takim narcyzem, egoistą, snobem, pozerem, dziwakiem, kompletnym czubkiem. Buntownik bez powodu, młody gniewny, samotny wilk. Śmiechu warte! Pisarz od siedmiu boleści. Za kogo on się, do diabła, uważał? Ale mimo jego poważnych i, powiedzmy to szczerze, niezaprzeczalnych wad, namawiała go, żeby zamieszkał w Kalifornii, gdzie jest bezpiecznie i ciepło.

W Kalifornii?

Powiedział, że planuje się przeprowadzić do Madrytu.

Na to ona, że uwielbia Madryt.

Powiedział, że może pojedzie do Macedonii.

Na co ona, że Macedonia też jej się podoba.

A Macondo? – zapytał.

Nie miała nic przeciwko Macondo.

Mocassa?

Czemu nie?

Działy się też inne dziwne rzeczy. Alice bez wyraźnego powodu chciała mu pokazać swoje tłumaczenie Tere-fere, które prawdopodobnie nie było gorsze niż jego. Kiedy powiedział, że nie chce się nim zajmować, zaproponowała, że przyśle mu swój traktat o sztuce przekładu, napisany we współpracy z kolegą. Wykręcił się, oczywiście, brakiem czasu. A gdy poprosił, żeby powiedziała o tym traktacie coś więcej, zbyła go krótkim Eee tam!

Pewnego wieczoru odkrył, że pani Bonté nie zgodzi się jednak na wydanie jego przekładu Tere-fere. Alice powiadomił o tym nowy szef Blank, doskonale poinformowany, krzywonogi osobnik o beczkowatym tułowiu i gruszkowatej głowie. W każdym razie ktoś już robi nowe tłumaczenie – podsumowała z wyczuwalnym wzruszeniem ramion. Wszystko wokół niego wstrzymało oddech. Kto? – wymamrotał do słuchawki. Tego nie wiedziała – tajemnica. A potem przysłała mu swój przekład wierszy Drewnowskiej, żeby sprawdził, czy nie ma w nim pomyłek albo literówek. W tym momencie przypomniała mu się jego nocna eskapada: Pędzi galopem na dworzec Grand Central, przywiązuje konia do latarni, wzbija się w powietrze, leci wysoko nad torami, wpada jak pocisk do pociągu towarowego z ogromnym napisem KALIFORNIA i po koszmarnej podróży wjeżdża na Penn Station, niespełna dwa kilometry dalej, gdzie jego sen znika. Zebrał się w sobie i sprawdził jej przekład, ale ostrzegł ją, że więcej nie będzie poprawiał jej tekstów. Alice była oburzona, zakipiała w niej duma. Bez łaski – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jak się później dowiedział, miała do wyboru wielu pomagierów, dużych i małych.

Matt Dohr sprawdzał jej przekłady na angielski pod kątem poprawności językowej. Różni dwujęzyczni ludzie, w tym także on sam, pomagali jej na różne sposoby, ale nie byli uwzględniani w jej podziękowaniach. Fiodor D., brodaty rosyjski wykładowca o surowym obliczu i wysoko sklepionym czole myśliciela, poprawiał jej przekłady poezji Brodskiego. Karol Dobroczyński przedstawił ją sławnym literatom, a koledzy z uniwersytetu zapewnili jej ochronę na rynku wydawniczym. Wzięła udział w niezliczonych konferencjach, kongresach i panelach dyskusyjnych, nie mówiąc już o imprezach towarzyskich czy spotkaniach biznesowych, gdzie poznała wiele kulturalnych, rozsądnych, bardzo zaradnych i, przede wszystkim, niezwykle inspirujących osób.

Wreszcie zaistniała.

Zadebiutowała na łamach prestiżowego czasopisma.

Została poproszona o wygłoszenie odczytu o Drewnowskiej przed ponadstuosobowym audytorium.

A dzięki protekcji Karola Dobroczyńskiego podpisała umowę z dużym wydawnictwem na przekład powieści Arka Niemowicza, dawniej fotografika, dziś pisarza.

 

5

Alice przyleciała znowu do Nowego Jorku we wrześniu 1997 roku.

Spotkali się w parku przy Washington Square i po wylewnym powitaniu poszli do chińskiej restauracji na St. Mark’s Place. Usiedli, przejrzeli kartę, zamówił: Kurczak Generała Tso dla mnie i podsmażane krewetki z brokułami dla tej sympatycznej pani (która klasnęła w dłonie i zawołała: Boże, jak ja kocham jeść! Jestem, jakby to powiedzieć, sensualistką). Przy kolacji Alice wyliczyła powody, dla których jej zdaniem powinni się widywać częściej. Oboje szczycili się swoją twórczością przekładową. Posiadali godne podziwu zalety, niezwykle rzadko spotykane w ich branży, jak prawość, niezależność, szacunek dla samego siebie. Dążyli nieustannie do doskonałości. On pojawiał się często w jej snach, a ona potrzebowała towarzysza podróży, cokolwiek by to miało znaczyć. Według niej byłoby cudownie, gdyby nauczył ją pewnych przydatnych rzeczy, bo ona miała w sobie to „coś”, iskrę bożą, i była bardzo, ale to bardzo pracowita. Na pewno spełni wszystkie marzenia.

Alice wyjaśniła, co rozumie przez towarzysza podróży. Otóż Matt Dohr, jej obecny towarzysz podróży, a ściślej: jej mąż (w jej głosie zabrzmiała nutka zawodu), był prawdziwym aniołem – tu wygięła w dół kąciki ust. Matt ją kochał i podziwiał – Alice zmarszczyła uroczy zadarty nosek, wykrzywiając karminowe wargi w szyderczym uśmiechu – ale, mówiąc uczciwie, ona wcale tego nie chciała. Tak naprawdę chciała – jej wąskie, prostokątne dłonie ugniatały niewidzialną bryłę gliny czy ciasta – sensownego związku, najlepiej z członkiem swojej profesji: tu przeszyła go spojrzeniem roziskrzonych szafirowych oczu. Odchrząknął, upił łyk wody z lodem. Zauważył, że dwaj siedzący na prawo od nich osobnicy, jeden krótko ostrzyżony, drugi kudłaty, lustrują ich podejrzliwym wzrokiem.

Rozmowa zeszła na inne tematy. Alice odłożyła pałeczki, otarła usta serwetką i powiedziała cicho, jakby sama do siebie, że jest zdegustowana swoimi kolegami z Blank. Raz czy dwa nazwała ich nawet cynicznymi oportunistami i wznosząc oczy do sufitu, jęknęła: Ale szambo! Skrytykowali oczywiście znajomych z branży, zwłaszcza tych, którzy odnosili największe sukcesy. Jak wiadomo, pan A. to właściwie – półanalfabeta. Co on by zrobił bez tych wszystkich redaktorów i korektorów? Pan B., wyobrażając sobie, że jest wielkim poetą i tłumaczem, chce przełożyć Boską Komedię, choć zna tylko dwa słowa po włosku: pronto i presto. Pan C. nie ma zielonego pojęcia o podstawowych zasadach wersyfikacji, jego polityczno-literackie wygibasy pójdą na marne. Jaka szkoda. Biedna pani D., bla, bla, bla, ha, ha, ha.

Zagadnął ją o jej niedawną podróż do Polski. Z potrzeby ujawnienia mrocznego sekretu, a może tylko po to, by wzbudzić w nim zazdrość, Alice wyznała, że żałuje swojej decyzji o zawarciu znajomości z Arkiem Niemowiczem, pisarzem-fotografikiem, którego powieść zaczęła niedawno tłumaczyć. Dlaczego? Miętosząc w dłoniach serwetkę, opowiedziała mu diabelnie skomplikowaną historię, z której on nic a nic nie zrozumiał. W końcu wydusiła z siebie, że są zdjęcia… na których ona… całuje się z Arkiem. To robota Arka, bez dwóch zdań. Kto by pomyślał? Cholerny fotograf za dychę. Zadziwiające… ludzie nie mają za grosz poczucia przyzwoitości – westchnęła z rezygnacją. Poprzysięgła sobie, że nigdy więcej nie spotka się z Arkiem. Nie chciała, by on odniósł wrażenie, że między nią a Arkiem „coś było”. Nigdy, przenigdy nie zrobiłabym tego Mattowi – oświadczyła z naciskiem. A co z flirtowaniem? No cóż, lubiła flirtować, zwłaszcza z literatami, a szerzej: z mężczyznami o artystycznym usposobieniu. Flirt, powiedziała belferskim tonem, marszcząc brwi i piorunując go wzrokiem, jest nieodłączną częścią jej seksualności. Wyprostowała się i drobnymi ruchami rąk wygładziła starannie sukienkę na kolanach.

Zmienił temat. A jak tam Karol? Był ciekaw, czy prof. Karol Dobroczyński, szpakowaty sześćdziesięciolatek o manierach dżentelmena, pomoże mu wydać Tere-fere, jak obiecał. Alice wyraziła swoje rozczarowanie Karolem, którego nie tak dawno jeszcze zachwalała jako człowieka honoru. Stwierdziła nawet, że Dobroczyński przemienił się w żałosnego pismaka i, jak większość krytyków, produkuje „wiadomo co”. Ale to nie wszystko! – jej zmięta twarz rozpłynęła się w uśmiechu. Stary, poczciwy Karol ma nową laskę, czarnowłosą studentkę o twarzy anioła. Zabawne jest to, że gdy jego żona topi smutki w kieliszku, przesiadując w kuchni na dole, Karol i jego ponętna przyjaciółka figlują w sypialni na górze.

Kilka razy zamrugał, jakby ocknął się ze snu, i coś wybełkotał. Alice tymczasem założyła nogę na nogę, przechyliła w bok głowę i wysunęła usta. Mrużąc oczy, wpatrywała się w niego z figlarnym wyrazem twarzy. I nagle smukłą stopą w czarnej pończosze zaczęła masować jego goleń. Chryste Panie, co za maestria! Rozkoszna omdlałość, błogi niebyt. Ogień w trzewiach, mrowienie w lędźwiach. Może powinienem się trochę rozerwać? – zapytał siebie w duchu. I co z tego, że był szczęśliwym, jak to mówią, mężem? Komu szkodził przelotny romans? A gdyby nawet Margot dowiedziała się o jego niewinnym skoku w bok, on by tylko wzruszył ramionami i wyparł się wszystkiego w żywe oczy.

Przełknął z trudem ślinę. Jego kończyna pulsowała. Bezwolnie splotły się ich palce. Casablanca. Madame Butterfly. Ich oczy się spotkały.

Kocham cię – skłamała.

Ja ciebie też – skłamał.

Zrobię wszystko, żeby ci pomóc – skłamała.

Wiem – skłamał.

Wkrótce potem wbiła koniec pałeczki w krewetkę i obracając drugi koniec w palcach, z kokieteryjnym uśmiechem zamruczała: Masz ochotę na pychotę, kotku?

A gdy on zrobił ruch, jakby chciał ją objąć czy pocałować – niedaleko czerwonobrunatnej kamienicy na Gramercy Park South – Alice odskoczyła przerażona. Przestań. Ktoś może nas zobaczyć – syknęła, ukradkiem rozglądając się na boki. Ale chwilę później zagruchała: Może następnym razem. Poprawiła kapelusz, pomachała palcami i kołysząc się w biodrach, ruszyła w stronę kamienicy. Stuk-puk, stuk-puk.

Odruchowo włożył rękę do kieszeni marynarki i wyciągnął pasek papieru z chińską wróżbą, która mówiła: Wkrótce dostaniesz prezent od przyjaciela.

 

6

Nigdy się już nie spotkali.

Po kilku tygodniach ktoś przekonał Karola, że nie warto pomagać „jakiemuś przybłędzie z ulicy”. Skarbie, zanim zejdziesz na dół po szklaneczkę szkockiej – porozmawiajmy o tej żałosnej historii w Nowym Jorku. [Siada na brzegu łóżka, odgarnia z czoła farbowane na czarno włosy, zdejmuje szafirowe soczewki, ściąga pończochę]. Dobrze?

Dobroczyński, człowiek przyzwoity i rozsądny jak mało kto, poinformował go, że bardzo żałuje, ale niestety nie wie, jak mu pomóc, słowo honoru.

Alice, gdy on powtórzył jej swoją rozmowę z Dobroczyńskim, skwitowała tak dobrze mu znanym, chłodnym, rzeczowym tonem: Ech, daj spokój, czego się spodziewałeś po tym starym patałachu? Ale kiedy jej powiedział, kto nastawił panią Bonté przeciwko niemu, kto robił wszystko, żeby on nie wydał przekładu, i kto spiskował z jego wrogami, żeby go usunąć z rynku, Alice milczała chwilę, a potem wykrztusiła z siebie: Miej serce, wiesz, miej serce.

A gdy on z jakichś powodów zadzwonił do niej następnego dnia, jej mąż, człowiek przyzwoity i rozsądny jak mało kto, stanął w jej obronie. Matt wyrwał jej słuchawkę z ręki i łamiącym się głosem oświadczył, że cała ta opowieść o Alice to fikcja, tylko i wyłącznie fikcja.

Kto wie, być może Matt miał rację. Może wszystko było tak, jak być powinno. Być może on był niespełna rozumu, a jego historia – od początku do końca zmyślona. Może to był tylko sen.

Kto wie?

 

(Z angielskiego przełożył Krzysztof Mąkosa)

 

 

 

Nowy Jork, 10 października 1998

 

 

© Krzysztof Mąkosa

 

komentarz

( 1 )

  1. / ReplyAffiliateLabz
    Great content! Super high-quality! Keep it up! :)

Leave a reply

Your email address will not be published.